Dziennik architektury i środowiska zbudowanego

architektura

Co naprawdę zostało z polskiej szkoły modernizmu

Co zostało z lekcji polskiego modernizmu: skala ludzka, powaga wobec materiału i myślenie miastem — i dlaczego te lekcje wciąż czekają na odrobienie.

Modernistyczne osiedle wśród wysokich starych drzew: niskie bloki o prostych elewacjach w miękkim pochmurnym świetle
Modernistyczne osiedle wśród wysokich starych drzew: niskie bloki o prostych elewacjach w miękkim pochmurnym świetle

W 2006 roku rozebrano warszawski Supersam. Jego wisząca konstrukcja dachu, opracowana przez zespół z Wacławem Zalewskim, przekrywała wielką halę minimalną ilością stali i weszła do podręczników konstrukcji. Na jego miejscu stoi biurowiec z galerią handlową. To jest najkrótsza możliwa historia tego, co Polska zrobiła ze swoim modernizmem.

Pytanie o tę spuściznę najłatwiej zepsuć na dwa sposoby. Nostalgia widzi utracony złoty wiek. Rozliczenie widzi szare osiedla i propagandę sukcesu. Ciekawsze jest to, co z tej lekcji zostaje użyteczne teraz, gdy polskie miasta znów budują na potęgę i znów popełniają błędy, na które modernizm miał odpowiedzi — czasem naiwne, czasem świetne. Zostały trzy rzeczy: skala ludzka traktowana jak program, powaga wobec materiału i przekonanie, że architektura buduje miasto, a nie kolekcję obiektów.

Dwa modernizmy

Polski modernizm to dwie epoki zszyte wojną.

Pierwsza, międzywojenna, była projektem cywilizacyjnym młodego państwa. Białe, transatlantyckie śródmieście Gdyni wyrosło z nadmorskich piasków w kilkanaście lat. Na Żoliborzu Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa budowała nie domy, lecz społeczny ekosystem — z pralnią, przedszkolem i teatrem — a projektowali go Brukalscy i Syrkusowie. Modernistyczne kwartały południowego śródmieścia Katowic bywały śmielsze niż to, co stawiano wówczas na zachód od Odry. Do tego architektura publiczna: sanatoria, szkoły, gmachy ubezpieczalni, w których młode państwo przeglądało się jak w lustrze. Nowoczesność była tu racją stanu, a program społeczny siedział wpisany w rzuty. Mieszkanie przewietrzane na przestrzał. Słońce jako prawo, nie luksus.

Druga epoka, powojenna, to ten sam prąd w warunkach niedoboru i polityki. Sprowadzanie jej do wielkiej płyty jest skrótem krzywdzącym. Obok przemysłowej produkcji osiedli powstawała architektura autorska najwyższej próby: warszawska Ściana Wschodnia, katowicki Spodek, pawilony handlowe o lekkości, która dziś zawstydza. Polska szkoła inżynierska robiła wtedy rzeczy na granicy możliwości materiałowych — właśnie dlatego, że materiału brakowało. Między jednym a drugim modernizmem leży doświadczenie odbudowy, które nauczyło całe pokolenie czegoś w Europie rzadkiego: projektowania miasta niemal od zera, ze wszystkimi pokusami i pułapkami takiego zadania.

Skala ludzka jako program

Najtrwalszą lekcją powojennego mieszkalnictwa nie jest technologia. Jest miara.

Sady Żoliborskie Haliny Skibniewskiej do dziś uchodzą za wzorzec osiedla, które zestarzało się z godnością. Niewysokie budynki wśród starych drzew — projektantka uparła się, żeby wycinać jak najmniej, i ten spór wygrała. Przedszkole i szkoła w zasięgu spaceru dziecka. Zieleń, która nie jest resztką po parkingach, tylko osnową całego założenia. Oskar Hansen dołożył do tego teorię: Forma Otwarta, architektura jako rama dla życia, które ją dopełni, pozostaje jedną z niewielu polskich idei architektonicznych o międzynarodowym obiegu. Realizacje bywały trudniejsze od teorii — Przyczółek Grochowski jest tego kosztownym dowodem — ale idea przetrwała, bo była prawdziwa.

Nie trzeba idealizować. Powstawały wtedy również osiedla-sypialnie o skali przygniatającej i wykonaniu urągającym projektom, a normatyw potrafił być alibi równie dobrze jak tworzywem. Tyle że porównanie z dzisiejszą praktyką wypada niewygodnie dla współczesności. Normatywy nasłonecznienia, odległości między budynkami, szkoła i zieleń planowane razem z mieszkaniami — dzisiejszy rynek traktuje to wszystko jako przeszkody do ominięcia decyzją o warunkach zabudowy, nie jako definicję produktu. Grodzone enklawy o gęstości, przy której wielka płyta wydaje się przewiewna, przegrywają z Sadami Żoliborskimi w każdej kategorii poza stopą zwrotu. I to jest jedyna kategoria, która dziś decyduje.

Klatka schodowa modernistycznego bloku: lastrykowe stopnie, stalowa balustrada i ściana z luksferów
Skala ludzka zaczynała się w klatce: lastryko, stalowy pochwyt, światło z luksferów na półpiętrze.

Powaga wobec materiału

Paradoks epoki niedoboru: im mniej było materiału, tym więcej myślenia.

Supersam ważył każdy kilogram stali, bo stali nie było. Spodek balansuje ogromną czaszę nad ziemią w sposób, który do dziś budzi szacunek konstruktorów. Ta inżynierska brawura nie była fanaberią — była odpowiedzią na deficyt. Liczył się każdy metr sześcienny betonu, więc trzeba było liczyć naprawdę.

Dziś jest odwrotnie. Materiału mamy w bród, za to myślenia o nim jakby mniej. Przegrody puchną od warstw. Elewacje stały się kostiumami zmienianymi co dekadę. Detal, kiedyś wymuszany biedą, spadł do rubryki „optymalizacja" i jest z niej wykreślany pierwszy. Lekcja modernizmu brzmi tu niemodnie: materiał zobowiązuje. Budynek, w którym konstrukcja, materiał i wyraz są jednym, starzeje się jak Spodek. Budynek-kostium starzeje się jak kostium.

Detal styku surowego betonu i ceramicznej mozaiki na elewacji z lat sześćdziesiątych
Deskowanie odciśnięte w betonie, obok mozaika. Warstwa informacyjna miasta, znikająca pod styropianem.

Miasto, nie obiekt

Ściana Wschodnia zespołu Zbigniewa Karpińskiego to nie jest zbiór budynków. To kompozycja urbanistyczna: wieżowce ustawione w rytmie, niższa pierzeja handlowa domykająca ulicę, pasaż pieszy poprowadzony za frontem, sekwencja placów i prześwitów. Ktoś tam projektował przestrzeń między budynkami, a nie resztę po nich.

Współczesna praktyka odwróciła proporcje. Działka po działce, obiekt po obiekcie, a przestrzeń wspólna powstaje przypadkiem — o ile w ogóle. Nie chodzi o powrót do megaprojektów; te miały swoją cenę i najlepiej znają ją mieszkańcy przeskalowanych osiedli. Chodzi o samą gotowość myślenia ponad granicą działki. O ulicę jako wnętrze. O parter jako dobro wspólne. O widok, który też jest zasobem, choć nie ma numeru w księdze wieczystej.

Straty i testament

O tym, że lekcja nie została odrobiona, świadczą straty. Supersam poszedł mimo protestów środowiska. Pawilon Emilia, szklany prostopadłościan, który przez lata gościł Muzeum Sztuki Nowoczesnej, zniknął z centrum Warszawy. Brutalistyczny dworzec w Katowicach ze słynnymi żelbetowymi kielichami ustąpił miejsca galerii handlowej, a betonowa rekonstrukcja kielichów pełni tam funkcję pamiątki po oryginale — sytuacja tyleż komiczna, co ponura.

Powojenny modernizm długo był dziedzictwem drugiej kategorii: za młody na zabytek, za stary na użyteczność. Płacił za to rozbiórkami. Zdarzają się też szczęśliwe zakończenia — modernistyczne hale i pawilony wracają do życia jako biblioteki i domy kultury, a niektóre ikony przeszły remonty, które uszanowały oryginał, zamiast go przebierać. Każdy taki przypadek jest dowodem w sprawie. Ta architektura nie jest z natury nieużyteczna. Bywa tylko nieumiejętnie czytana.

Coś się jednak przesunęło. Kolejne obiekty trafiają do rejestrów i ewidencji, młode pokolenie architektów i badaczy fotografuje, kataloguje i broni tej architektury, a moda na modernizm — od przewodników po odtwarzane neony — zrobiła dla ochrony więcej niż niejedna instytucja. Ważne tylko, żeby z tej mody wyciągnąć właściwy wniosek.

Testamentem polskiej szkoły modernizmu nie jest estetyka, którą można cytować w nowych realizacjach jak ornament. Jest nim metoda. Mierzyć architekturę człowiekiem. Traktować materiał serio. Nie mylić budowania obiektów z budowaniem miasta. Te trzy zdania nie zestarzały się ani o dzień — w przeciwieństwie do wielu budynków, które o nich zapomniały.